poniedziałek, 3 listopada 2014

ONE-SHOT(?)

WITAM!
Tak, to ja, cała, zdrowa... i pisząca. Yay! 
Przynoszę wam to oto smętne opowiadanie. 
Sama nie wiem czy to one-shot, czy będzie to miało więcej części. Napiszcie mi co myślicie i wtedy może zdecyduje się napisać coś jeszcze. 
Mam nadzieje, że wam się spodoba.
Dedykuje to coś mojej Lunie, która pewnie będzie narzekać na pairing, ale zawsze wierzy w moje pisanie i za to Cię kosiam mała. 
PS. Nie wiem jak to nazwać, wiec narazie będzie to po prostu widniało na liście jako "ONE-SHOT(?)". Bo mogę, bo mnie stać B|


  I serce bije mi tak szybko. Prawie tak szybko, jak wtedy kiedy jestem z nim. I wątpię bym kiedykolwiek złamał tyle przepisów drogowych w tak krótkim czasie. Ale czymże jest czerwone światło, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, czym jest wymuszenie pierwszeństwa w stosunku do tak ważnej sprawy. I nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej zaparkowałem jednocześnie na 3 miejscach parkingowych, ale to chyba nie ważne. Nie zamknięcie drzwi, potrącanie każdego na mojej drodze, wbiegnięcie w ostatniej chwili do windy, również jest niczym kiedy mam tak wiele do stracenia. Kiedy na szali stoi moje życie, moje serce, moja chęć do życia, oraz jego sens. I, mimo że nic więcej nie mogę zrobić, muszę czekać, a czekanie jest katorgą, czekam. Wiernie czekam, jak pies. Czekam na choćby odrobinę informacji, na chociażby odrobinę nadziei, która wciąż nie opuściła mojego serca. Czekam, aż wyjdzie ten jebany, niekompetentny lekarz i powie: 'Proszę się nie martwić, wszystko poszło dobrze, żyje, wyjdzie z tego.”. Ale teraz mogę tylko czekać. Nie czuje głodu, nie czuje zmęczenia, czuje strach. Tylko strach. Nawet nie złość, nawet nie smutek. Czuje strach. Czy jest coś gorszego od niewiedzy?
I nagle słyszę otwieranie drzwi i widzę lekarza. Wstaje tak szybko, że prawie tracę równowagę. I z największym możliwym w tej chwili spokojem pytam:
„Czy on...? Czy on żyje? Tylko to pragnę wiedzieć. Błagam...”
„Tak, ale...”
Ale ja już dłużej nie słucham, już mnie tam nie ma. Już biegnę. Biegnę do mojego życia, mojego serca, mojej chęci do życia i jego sensu. Biegnę do niego. Słyszę szum w uszach, własne tętno i kroki lekarza tuż za mną. Wbiegam do sali i on tam jest. Śpi. Śpi najspokojniej na świecie. Widzę siniaki na jego pięknym ciele, widzę opatrzone rany. Ale żyje. Wiec ja też żyje.
„Jest w śpiączce. Operacja poszła pomyśle, pozostaje nam tylko czekać.”
Czuje jak wielka gula, która zalegała mi w gardle spływa w dół. Czuje ogarniający mnie spokój i siadam na krześle tuż koło łóżka. Łapie jego rękę i całuje. „Kim ja bym był bez ciebie?” - myślę. Lecz na to chyba nie ma odpowiedzi.
„Niech pan idzie do domu, zawiadomimy gdy coś się zmieni.”
Ale ja nawet nie ruszam się o milimetr. Chce choć tę jedną noc być u jego boku. Dla niego, lecz również dla siebie. Bo tylko przy nim czuje się bezpiecznie. Słyszę jak lekarz odchodzi, a ja lekko zmieniam pozycje. Wciąż trzymając jego rękę, kładę głowę na jego ramieniu. Mimo szpitalnej sterylności, która mnie otacza, wciąż czuje jego zapach. Czuje jego tętno i łzy na moich policzkach. Czuje ciepło, które można nazwać tylko jednym słowem. Czuje miłość. Czuje to wszystko co tylko on sprawia, że chce czuć. I uspokajam się jeszcze bardziej i, nawet nie wiem kiedy, zasypiam.

*
Jinki! Hyuuung! Gdzie jesteś?”
W sypialni.”
Słyszę szybkie kroki i już po chwili drzwi pokoju się otwierają. Instynktownie zamykam książkę, lecz nie zmieniam pozycji na łóżku.
Jinki!”
I czuje jego ciężar na plecach i ciepło.
Jinki...”
Słucham skarbie?”
I czuje jak przybliża się jeszcze bardziej i całuje delikatnie mój kark i szepcze mi do ucha.
Kocham cię, wiesz?”

*

Czuje szturchnięcie na ramieniu i automatycznie otwieram oczy. Widzę pielęgniarkę, widzę jej profesjonalny uśmiech nr 4.
„Niech pan pójdzie do domu, przywiezie mu kilka rzeczy, wyśpi się, wykąpie. Zawiadomimy pana o każdej najmniejszej zmianie.”
I niechętnie się zgadzam, nachylam się nad nim i całuje jego czoło.
„Niedługo wrócę Bummie, przyrzekam.”
Wpatruje się w niego jeszcze chwile i wychodzę. Wracam do domu i robię dokładnie to co kazała mi piguła. Pakuje jego ulubioną poduszkę, książkę, piżamę, nawet jego ulubione skarpetki, próbuje zasnąć lecz nie potrafię, biorę szybki prysznic i wmuszam w siebie jedzenie. Dzwonie do pracy i mówię, że biorę kilka dni wolnego. Wychodzę jak najszybciej i jak najszybciej trafiam z powrotem do szpitala. Do tej samej sali, którą opuściłem kilka godzin temu. Widzę, że nic się nie zmieniło i wzdycham głęboko. Zostawiam rzeczy przy łóżku i idę do kwiaciarni najbliżej szpitala. Wybieram tuzin białych róż i wracam.
„Bummie, skarbie. Przyniosłem ci kwiaty. Twoje ulubione.”
Mówię sam do siebie. Nachylam się lekko nad nim i szepczę:
„Błagam cię, wróć do mnie, proszę... Wiesz, że jesteś moim tlenem... proszę Kibum.”
Czuje pojedyncza łzę na moim policzku i od razu karcę się za to. Nie mogę pozwolić na to by wrócił do takiego wraku. Nie pozwolę. Musze być silny dla niego. Rękawem ścieram łzę z twarzy i próbuje myśleć spokojnie. Sięgam do torby i wyciągam książkę. „Podobno ludzie w śpiączce wszystko słyszą...”- Myślę. I zaczynam czytać na głos najmniej łamiącym się głosem na jaki mnie stać. I w ten sposób mijają następne dwa tygodnie. I kolejny tydzień. I jeszcze jeden.
Klękam przy łóżku i całując jego dłoń szepczę :
„Wróć do mnie. Proszę...”
I przez chwile wydaje mi się, że czuje jak się porusza, ale zrzucam to wszystko na brak snu. Lecz wtedy znów to czuje i podnoszę głowę by na niego spojrzeć i nasze spojrzenia się krzyżują. I wołam lekarza nie przestając patrzeć w jego oczy.
„Bummie...”
„Jinki... co się stało? Ja nic nie...”
„Proszę się odsunąć od pacjenta, musimy sprawdzić czy wszystko w porządku.”
„Uhm... tak, oczywiście.”
I odsuwam się, mimo że jest to ostatnia rzecz jaką chce zrobić. Widzę jaki jest zagubiony, jak rozgląda się po sali nie mając pojęcia gdzie jest. Lekarz odwraca się do mnie i mówi :
„Wszystko wygląda w porządku, jutro może pan go zabrać do domu, ale musimy zrobić jeszcze parę badań by się upewnić.” Kiwam głową nie odzywając się słowem. Wątpię by ktokolwiek potrafił mówić z tak wielkim uśmiechem. Kiedy lekarz i pielęgniarki wyszli, podszedłem z powrotem do łóżka.
„Czy pamiętasz co się stało? Gdzie jesteś?”
„Domyślam się, że w szpitalu, ale nie pamiętam co się stało.”
„Miałeś wypadek skarbie, jakiś pijany idiota... On.... Prawie mi cię odebrał. Byłeś w śpiączce.”
„Śpiączce? Ale... Jak długo?”
„Miesiąc.”
„Miesiąc...” Powtórzył cicho. „ Jinki przepra...” Przerwałem mu całując delikatnie jego usta, głaskając go po policzku.
„Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Wróciłeś do mnie, to jest najważniejsze.” Powiedziałem z łzami.
„Jinki, czy... Możesz położyć się koło mnie?”

Zrobiłem to o co prosił obejmując go ramieniem i pozwalając położyć się na swojej klatce piersiowej. Przez następne kilka godzin nie mówiliśmy nic, cieszyliśmy się własnym towarzystwem i ciepłem drugiej osoby. Bo czasami liczy się, że potrafimy razem milczeć. I póki wiedziałem, że jest cały i zdrowy, nic więcej się nie liczyło. Koło północy zasnęliśmy przytuleni do siebie na jednoosobowym szpitalnym łóżku i mało nas obchodziło co ludzie pomyślą.  

piątek, 10 października 2014

I'm still alive.

   Do wszystkich którzy jeszcze jakimś cudem tu trafiają, do tych którzy oczekują na następne rozdziały, do tych którzy kochają i do tych którzy nienawidzą kieruje wielkie przeprosiny, że od tak dawna nic się tu nie pojawiało, że nigdy nie kończę moich opowiadań, że jestem leniwa i nic nie potrafię napisać. Wybaczcie mi, że zaszczepię w was tę małą ilość nadziei i napiszę, że... (werble)... mam kilka nowych pomysłów, trochę świeżej weny i odrobinę chęci do pisania. Także w najbliższym czasie postaram się dodać coś sensownego. A tym czasem, proszę, uroczy gif :

sobota, 23 listopada 2013

I need vodka. ~ [5/?]

 Weeeeeeeeell, hello there.
Następna część I need vodka, w końcu udało mi się ją skończyć, yay me. I to nie tak, że pisałam ją na angielskim, w pierwszej ławce, z kolegą czytającym każde słowo, które napisze i patrzącym na mnie z miną 'wtf'. To wcale nie tak. :')))))))) 
I dedykuje to opowiadanie menrzowi, ponieważ bo tak. Kc <3

 WARNING! 
Takie małe ostrzeżenie dla wszystkich. Cześć jest troszkę +18, scena nie jest do końca opisana, ale mimo wszystko. ~ 



  Znacie to uczucie kiedy wasze serce mówi jedno, a rozum drugie? Kibum niedawno poznał, lecz wyglądało to trochę bardziej jak 3 wojna światowa, niż jak zwykła kłótnia. Rozum twierdził, że jeśli Kim nie przerwie tego co się dzieje między nim, a Jonghyunem, będzie źle. Serce brzmiało trochę mniej zrozumiale, coś jak 'oh, ah, eh, Jonghyun' i inne irracjonalne bzdury. Ale jak wszyscy wiemy rozum nigdy nie wygrywa. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kimś takim jak Kim 'Almighty Key' Kibum, który zawsze robi to co chce. A teraz miał akurat małą ochotę na nic nie znaczący romans (lub po prostu sex) z Kim Jonghyunem, który generalnie może być najlepszym, lub najgorszym wyborem w jego życiu. Ale raz się żyje, prawda?

*** 

   Po małym „incydencie” w teatrze ja i Jonghyun stwierdziliśmy, że pójdziemy na drinka. Jednego, dwa, ewentualnie butelkę wódki. A jako, że rzeczy lubią ostatnio iść nie po mojej myśli skończyło się na tym ostatnim.
   Popijałem kolejną porcje alkoholu i próbowałem udawać, że wcale nie czuję ręki tego debila na moim udzie, że wcale mi się to nie podoba, że wcale nie chce znów dotknąć jego ust. Próbowałem również udawać, że nie kręci mi się w głowie i, że nie szumi mi w uszach. Spojrzałem w stronę łazienek i przypomniałem sobie, że to jest przecież dokładnie ten sam klub w którym całowałem się Jonghyunem po raz pierwszy. Choć może 'całowałem' to trochę za delikatne słowo. To jest dokładnie ten sam klub w którym miętoliłem się z Jonghyunem pierwszy raz. Pustą już szklankę odstawiłem na stół i próbowałem nalać sobie więcej, co nie wychodziło mi zbyt sprawie. Zabrał butelkę z mojej ręki i odłożył z powrotem na stolik.
-Tobie już chyba starczy, co? - Spytał, cicho się śmiejąc.
-Nie prawda! - Próbowałem zaprzeczyć, ale chyba średnio mi się to udało.
-A jednak. - Wziął moją torbę na ramie, wstał i pomógł mi wstać łapiąc mnie za talie. -Idziemy.
-G-gdzie? - Brawo Kibum, pijańska czkawka, the best of the best. Zaśmiał się cicho.
-Do mnie. Jest blisko, poza tym nie wiem gdzie mieszkasz i ty pewnie też nie. - Spojrzałem na niego podejrzanie. - Uspokój się. Nie zgwałcę cię przecież. - Powiedział i złapał mnie mocniej przechylając się lekko w stronę mojego ucha. - Nie póki sam nie poprosisz...

***


   Po 10 minutach drogi dotarliśmy do jego mieszkania. Otworzył drzwi i weszliśmy do środka. Mieszkanie nie było duże, ale bardzo ładnie urządzone. Odwróciłem się w jego stronę i zachwiałem lekko. Uśmiechnął się i podszedł do mnie łapiąc za moje biodra. „Uważaj, przewrócisz się zaraz.”Objąłem go ramionami i przybliżyłem się kładąc podbródek na jego ramieniu. Przejechałem nosem po jego szyi wciągając jego zapach. Pachniał męskimi perfumami, miętą i wódką. Zdjął dłonie z moich bioder i wsunął w tylne kieszenie moich spodni. Odsunąłem twarz od jego szyi i spojrzałem w jego oczy. Możliwe, że to przez alkohol, ale jego oczy wydawały się naprawdę ciemne i głębokie. Wyjął ręce z moich kieszeni i jedną położył na policzku, a drugą wsuną pod koszulkę. Jego dotyk wydawał się dla mnie być jak narkotyk, im więcej go otrzymywałem, tym więcej pragnąłem. Wplątałem jedną z rąk w jego włosy i pocałowałem go. Mocno, zachłannie, tak jak najbardziej lubiłem. Przesunął jedną z dłoni na moje plecy, jeszcze bardziej zmniejszając odległość między nami i dodając pocałunkowi jeszcze więcej namiętności. 
   Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie spostrzegłem kiedy Jonghyun przerwał pocałunek i łapiąc mnie za rękę poprowadził w stronę sypialni. Zatrzymał się tuż za drzwiami. „Jesteś tego pewien?” wciąż trzymając mnie za dłoń. Udawanie gentlemena mu nie wychodziło. „Oj zamknij się.” Odsunąłem go od siebie i mocno pchnąłem w stronę łóżka od razu siadając okrakiem na jego udach. Guzik po guziku rozpinałem jego koszule, nigdzie się nie śpiesząc. Przysunąłem usta do jego szyi i zacząłem całować, gryźć i pieścić oddechem. Polubiłem smak jego skóry. Zsunąłem koszule z jego ramion i rzuciłem w bliżej nieokreślonym kierunku. Złapał za rogi mojej koszulki i, z odrobiną mojej pomocy, zdjął ją. Po czym złapał za moje biodra i obrócił nas tak, że leżałem pod nim, na aksamitnej czarnej pościeli, można by powiedzieć, że zupełnie bezbronny. 
   Podniosłem się lekko i łapiąc za jego włosy przyciągnąłem do pocałunku. Ostrego, namiętnego i trochę niezdarnego. Ten pocałunek był taki jak to co łączyło mnie z Jonghyunem, był cudownie niepoprawny, słodko-gorzki. Schylił się do mojego ucha i wyszeptał „Dziś jesteś mój, tylko.” Jego głos był cichy, ale mógłbym przyrzec, że w chwili gdy wypowiadał te słowa przeszedł mnie dreszcz. Czułem jak jego ręka powoli schodzi w dół mojego ciała, od policzka, przez ramiona, żebra, talie i biodra, tuż do rozporka. Czułem jak ostrożnie go rozpina i przez cały ten czas nie przestaje patrzeć mi w oczy. Czułem, że mój oddech zaczyna być płytki, jak przestaje racjonalnie myśleć, jak staje się mu zupełnie uległy. Czułem jak zsuwa ze mnie spodnie i delikatnie głaszcze po udzie, jak całuje moje usta, jak robi ze mną co tylko chce. Czułem też kiedy jego ręka wylądowała pod moimi bokserkami, każdy jego ruch sprawiał, że zapominałem kim jestem. Jonghyun. Jjong. Jongie. Potem już tylko błagałem o więcej jęcząc z rozkoszy, już nawet nie wiem kiedy jęki zmieniły się w krzyki, kiedy zacząłem zdzierać gardło, kiedy znów trafił w kłębek nerwów, kiedy z przyjemności zacisnąłem powieki tam mocno, że bolały, kiedy opadłem bezwładnie na łóżko bełkocząc jego imię. Pamiętam patrzenie niemo w sufit, uspokajanie oddechu i jego ramiona. Pamiętam trzy ciche słowa wyszeptane gdzieś między rzeczywistością i snem. „Zostań ze mną...” 

poniedziałek, 23 września 2013

One shot. ~ Zima.

Przepraszam, że tak długo mnie nie było. A kiedy juz wracam to z czymś tak marnym. Banalny, krótki agnst z motywem, który przewijał się już miliony razy. Mam nadzieje, że wywoła w was to jakie kolwiek emocje, przelałam w to cały mój smutek. 

XOXO, Oliwciak

Tytuł: Zima.
Bohaterowie: Pisane jako MinKey, ale w sumie jak komu pasuje, pozostawiam decyzje o pairingu wam.
Gatunek: agnst. 

***

Miłość

Zawsze uważałem, że miłość jest czymś pięknym. Tego nas w końcu uczą bajki. Uczą nas, że każda księżniczka ma swojego księcia. I do pewnego wieku wierzymy w to, potem zaczynamy wątpić, a po wątpliwościach przychodzi czas kiedy marzymy by znów uwierzyć. Człowiek bez marzeń, jest jak książę bez swojej księżniczki. Jest wybrakowany. Człowiek bez miłości także.  Miłość jest życzeniem, czymś co każdy chciałby przeżyć. Czym zasłużyłem na ten dar? 

Szczęście

Nie każdy na dobrą sprawę wie co to szczęście. Szczęście mógłbym porównać do czterolistnej koniczyny, możesz znaleźć ją przypadkiem, lub może być to też wynik twojego wysiłku. Szczęście tak samo jak szczęśliwa koniczynka jest rzadkie,  niektórym trudno je znaleźć, a jeszcze ciężej utrzymać. Ty jesteś moim szczęściem, moją koniczynką. 

Opuszczenie

Nic tak pięknego nie mogło by trwać wiecznie. Odejście kogoś kogo kochasz to najgorsze co człowiek może przeżyć. Zapominasz kim jesteś, twoje serce i ciało przeszywa ból. Jak mam oddychać kiedy Ciebie nie ma w pobliżu? Opuszczenie to piekło na ziemi.

Tęsknota. 

Tylko tyle po tobie zostało, tęsknota, kilka zdjęć, głuche echo śmiechu boleśnie wpadające w moje uszy i serce. Wszystko inne zniknęło w dniu w którym zniknąłeś i ty. Wszystko kiedyś przemija, ale po prostu nie mogę tego znieść. Tęsknota zabija. 

Wspomnienia

Na zegarze wybiła 19.30, 9 grudnia, twoje urodziny. Jak zawsze w tym roku zmierzam w jedno miejsce, jedyną cielesną pamiątkę jaką po sobie zostawiłeś. I jednocześnie miejsce które było świadkiem tak wielu moich załamać, głupich mów do nikogo i kilku delikatnych uśmiechów wywołanych wspomnieniami. Mieliśmy tak wiele wspólnych, pięknych, przepełnionych miłością wspomnień.  Wspomnienia niszczą. 

Pustka

Dwie koszulki, szczoteczka do zębów i twój ulubiony kubek. Patrze na twoje rzeczy z pustką w oczach, nie wiem co więcej mógłbym okazać. Nic więcej nie umiem okazać. Zwoje zniknięcie pozbawiło mnie wszystkiego co kiedyś było mi drogie. Choć, mimo to, ty wciąż pozostajesz mi najdroższy. Najdroższy mojemu sercu.  Pustka pozwala odetchnąć.

Smutek

Patrze na świat ze smutkiem w oczach, musisz mi to wybaczyć. Spadł pierwszy śnieg i opatulił wszystko, w tym ciebie. Wszystko jest jakby zakryte białym puchem, pamiętam, że kochałeś zimę. Zawsze gdy spadał śnieg budziło się w tobie wewnętrzne dziecko. Chodziliśmy w tedy na długie spacery. 4 lata temu podczas takiego spaceru powiedziałem ci, że cię kocham, pamiętasz? Wtedy pokochałem też zimę. W twoich ramionach wydawała się taka piękna. Smutek oczyszcza.

Czas

Minął rok. Dokładnie rok odkąd cię ze mną nie ma. Od kiedy mnie nie przytulasz, od kiedy nie szepczesz mi do ucha jak bardzo mnie kochasz, od kiedy nie mam komu powiedzieć o tym czego się boje. Dokładnie rok odkąd zapomniałem kim jestem. Wracam do ciebie, w końcu wracam.

Śmierć

Śmierć kojarzy mi się z zimą, a zima z tobą.  Śnieg opatulił wszystko białym puchem, twój grób także. Wracam do ciebie, w końcu wracam. Przepraszam Minho, że tak długo kazałem ci czekać. Śmierć jest piękna. 

***

poniedziałek, 29 lipca 2013

I need vodka. ~ [4/?]

-Chcą wystawić coś takiego w publicznym teatrze? - Spytała czytając skrypt. - U nas w kraju? W Korei? - Przytaknąłem. - Krytycy i fanatycy religijni spalą ten teatr z obsadą w środku, czy on sobie zdaje z tego sprawę?
-Nie mam pojęcia. Ale chyba on i Jonghyun biorą to samo bo mają takie same symptomy. Kompletny debilizm i tyle. - Powiedziałem. - Dzwonie do niego. Przemowie mu do rozumu. - Wybrałem numer i wcisnąłem zieloną strzałkę. - Jinki.
-Kibum, czekałem na twój telefon, przeczytałeś już scenariusz?
-Drogi panie menadżerze, czy pana do końca już pokurwiło na łeb? - Spytałem spokojnie.
-Akt 2 widzę też już przeczytałeś, i jak?
-Chce pan, żeby nas rozpierdolili na kawałki, razem z budynkiem teatru, prawda?!
-Nie, skąd. Chce wystawić sztukę, w której ty i Jonghyun będziecie grali.
-Nie zgadzam się. - W słuchawce usłyszałem śmiech.
-Ale tu nie ma nic do zgadzania się, grasz i koniec. Masz podpisany kontrakt i będziesz grał, to co ja ci każe grać. Nie obchodzi mnie czy nienawidzisz Kima, czy go kochasz, czy chcesz mu obciągnąć. Polecisz z nim w ślinę na środku pierdolonej sceny, koniec, kropka. - Zaśmiał się. - Widzimy się jutro w teatrze, punkt 10. - Powiedział i się rozłączył.
-Wszystko w porządku? - Spytała Amber.
-Podetnę sobie żyły, albo strzele sobie w głowę. - Powiedziałem odkręcając ponownie butelke. - Debile. WSZEDZIE DEBILE.
***

Godzina 9:48
Tak jak zazwyczaj kocham swoją prace i bycie aktorem, teraz o milion razy bardziej wolałbym pracować jako śmieciarz, albo kopać rowy w pełnym słońcu.
Godzina 9:53
Prostytucja jest już nawet przyjemniejszą perspektywą. Pierdolisz się i ci jeszcze za to płacą. Żyć, kurwa, nie umierać.
Godzina 9:57
Zabijcie mnie.
Godzina 9:58.
Albo ja kogoś zabije. Najlepiej pewnego niewyrośniętego idiotę, o wyglądzie dinozaura.
Godzina 9:59.
Oraz takiego jednego frustrata seksualnego, uzależnionego od kurczaków, skończonego debila.
Godzina 10:00.
O wilku mowa. Jak mi żyłka dzisiaj nie pierdolnie, to możemy uznać to za cud.
-Kibum, dzień dobry. Jak ci się spało? - Spytał jak gdyby nigdy nic Jinki.
-Przezajebiście w chuj.
-Witaj Onew i dzień dobry kociaku. - Kolejny cichociemny pojeb dążący do uaktywnienia we mnie chęci ludobójstwa.
-Nie wkurwiaj mnie od rana, proszę. - Posłałem w jego stronę mordercze spojrzenie.
-Ktoś tu wstał lewą nogą.
-Nie, u mnie wszystko w porządku. Was coś najwyraźniej popierdoliło, zwłaszcza ciebie Lee. - Fuknąłem.
-Specjalnie dla ciebie kochany, zaczniemy dzisiaj czytanie od aktu 2, sceny 4. - Zaśmiał się. - Nie musisz dziękować. - Pojebie mnie, no przyrzekam. -Kim pierwszy i Kim drugi, zaczynajcie.
***

-Na dzisiaj kończymy, dziękuje. - Rozległ się głos, oznaczający koniec moich męczarni. - Kibum, Jonghyun, przećwiczcie jeszcze na osobności swoją główną scenę. - W sali rozległ się śmiech. -Wyszedłem z pomieszczenia i prawie wbiegłem do swojej garderoby z zamiarem zabrania swojej torby i jak najszybszego opuszczenia Teatru.
-Key, czekaj chwile. - Odwróciłem się i zobaczyłem Jonghyuna.
-Czego chcesz? - Prychnąłem.
-Spokojnie, chce tylko pogadać.
-O czymś konkretnym, czy po prostu masz ochotę pomielić jęzorem?
-Wolałbym używać ust do czego innego, również związanego z tobą, ale wiesz, przyjemności kiedy indziej. - Wyszczerzył się. - Chodzi mi o nasz sceniczny pocałunek.
-Posłuchaj mnie, prehistoryczny gadzie z mózgiem wielkości ziarenka piasku. Co ma być to będzie, nie mam na to żadnego wpływu. Jest miliard innych rzeczy, które bym wolał od ponownego wymieniania śliny z tobą, chciałbyś, żebym je przytoczył?
-Daruj sobie kociaku. Chciałem tylko powiedzieć, że zrobie to z przyjemnością. - Zbliżył się do mnie i położył dłoń na moim policzku i przejechał kciukiem po moich wargach. - Kto jak kto, ale ty potrafisz całować.
-Nienawidzę cię.

-Jestem prawie pewny, że już to mówileś. - Powiedział i jednym ruchem pchnął mnie na ścianę i wbił boleśnie w moje usta. Oddałem pocałunek walcząc o dominacje, ale niestety przegrałem, co skwitowałem mruknięciem. Przesunął dłonią po moim boku wywołując dreszcz. Wsunąłem dłoń w jego włosy przyciągając bliżej i pogłębiając pocałunek. Serce biło mi niewyobrażalnie szybko, a po głowie krążyły mi dziwne myśli, takie z którymi nie do końca chciałem się pogodzić. Ale jedno trzeba mu przyznać. Całować to on potrafi.. 

I need vodka ~ [3/?]

[...]
-Czekaj chwile. Tym Kimem Jonghyunem? – Wybuchnęła śmiechem. – Poważnie, Key, poważnie?
-Tak tym, dokładnie tym. I to wcale nie jest zabawne Amber! – Schowałem twarz w dłoniach. – Boże, nigdy więcej nie pije. Ani łyka, ani kropelki…
-Przesadzasz. – Powiedziała klepiąc mnie po plecach. – To tylko całowanie, przecież się z nim nie przespałeś… Prawda?
-Amber, ja cię proszę, bądź poważna. – Spojrzałem na nią z wyrzutem. – Nie ma na świecie takiej ilości alkoholu, którą musiałbym wypić, żeby się z nim przespać. Never, ever.
-Dobrze, dobrze. Tylko się upewniam pysiu. – Uśmiechnęła się. – I co teraz?
-Nie wiem, nie chce wiedzieć… Jak ja się pokaże w tym pierdolonym teatrze? Jestem pewny, że zrobił to, żeby mi udowodnić, że jestem dziwką. O nie, co to to nie. Zniszczę go. On nawet się jeszcze nie spodziewa. Zniszczę. Zgniotę. Zmiażdżże. – Zawarczałem.
-Spokojnie. Wdech, wydech. To nie jest koniec świata przecież. Byłeś pijany, a po alkoholu robi się różne rzeczy. A poza tym, przecież jakby nie spojrzeć, to on całował się z tobą, a nie tylko ty z nim. – Rzekła spokojnie. – Porozmawiaj z nim, wytłumaczcie sobie to, wszystko będzie dobrze, panikaro. – Zaśmiała się cicho.
-Wszystko będzie dobrze, tak, masz racje, wszyściuteńko. - Pozytywizm Key, patrz na plusy. Tylko najpierw je kur** znajdź…
-Dobra, masz jakieś plany na dziś?
-Muszę iść do teatru, dowiedzieć się co i jak z nową sztuką i odebrać scenariusz, potem jestem wolny. - Przewracało mi się w żołądku, jak tylko pomyślałem, że go spotkam. Przyrzekam na wszystko co mi drogie, że dzisiaj coś rozpierdolę… albo kogoś.
-Okej, trzymam za ciebie kciuki kochany.- Powiedziała czochrając moje włosy. – Ja się będę zbierać, jakby co to jestem pod telefonem, papa.
-No hej. - Za dwie godziny miałem stawić się w teatrze, na jakieś spotkanie obsady, co się równa ze spotkaniem z Jonghyunem, bo niestety, jest jej częścią. Chyba nie wytrzymam tego psychicznie. Trzeba będzie odwiedzić psychologa. ALBO LEPIEJ, od razu się zamknę w wariatkowie, będę miał spokój… Wykąpałem się, ubrałem i ułożyłem włosy. Przed wyjściem wziąłem tylko torbę i okulary, po czym zamknąłem drzwi na klucz i ruszyłem w stronę mojej przyszłej klęski i załamania psychicznego. Żegnaj zdrowy umyśle, witaj szaleństwo.

***

-O, Kibum, już jesteś. – Przywitał mnie Jinki, menadżer teatru.
-Dzień dobry. – Powiedziałem sucho.
-Co ty taki bez życia? – Zapytał jakby zmartwiony.
-Kac morderca, nie ma serca, co Kibum? – Ten głos. Oddychaj Kibum, oddychaj.
-Jakbyś mi czytał w myślach… – Uśmiechnąłem się wrednie.
-O, co, już zeszliście z wojennej ścieżki? – uśmiechnął się.
-Nawet pan sobie nie wyobraża, panie Lee. - Zaraz zedrę ci ten uśmieszek z pyska, poczekaj chwile.
-No to się cieszę. Bo oboje gracie główne role w nowej sztuce. A to dość kontrowersyjna sztuka – Powiedział, po czym wręczył nam obu skrypty.
-W jakim sensie kontrowersyjna…? – Powiedziałem, bardziej do siebie, niż co niego. Zerknąłem na Jonghyuna i nasze spojrzenia się skrzyżowały. – Na co się gapisz?
-Na ciebie kocurku. – Zaśmiał się.
-Dobrze ci radzę, nie wkurwiaj mnie. – Wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-Szybko ci się zmienia, bo wczoraj mnie jeszcze lubiłeś, a dzisiaj cię wkurwiam?
-I co? Co teraz zrobisz, hm? Pójdziesz rozpowiedzieć swoim koleżką, że jestem dziwką? – Zapytałem zaciskając pięści.
-Nie. – Stwierdził spokojnie.
-Jak to nie? Co masz jakieś inne plany?
-Odrobinkę inne. – Powiedział cicho, zbliżając się do mnie i jednym, szybkim ruchem owinął ramie naokoło mojej talii i mnie pocałował. Zero reakcji. Szeroko otwarte oczy. Kompletny szok i szybkie odepchnięcie.
-Co ty kur** odpierdalasz?! – Wydarłem się na niego.
-To co miałem w planach na dzisiaj.
-Mógłbyś mi łaskawie powiedzieć, co ty właśnie odjebałeś? Bo chyba ci się coś poprzewracało pod sufitem i to tak w *****. – Powiedziałem, już spokojniej.
-Chciałem cię pocałować, więc to zrobiłem. Przestań panikować.
-Czy ty naprawdę jesteś taki głupi? – Zapytałem. – ‚Chciałem cię pocałować, więc to zrobiłem.’ No chyba sobie ***** żartujesz, idioto. Coś ci się pomyliło… Zejdź mi z oczu. - Ominąłem go i jak najszybciej wyszedłem z budynku. Nigdy wcześniej nie dotarłem tak szybko do domu, wpadłem do mieszkania, od razu idąc w stronę kanapy i wyciągając scenariusz. Przekartkowałem go i nagle zatrzymałem. Akt 2, scena 4. Kim Jonghyun, Kim Kibum. Coś tam. Przeczytałem didaskalia i przez chwile myślałem, że zemdleje. Zabije i jednego i drugiego. Jinki masz przejeba**. Wyciągnąłem butelkę z barku i telefon z kieszeni, po czym odkręcając zakrętkę, zadzwoniłem do Amber. – Oni chcą mnie wpędzić do grobu.
-Ale kto? Co się stało, nawijaj!
-Ten debil mnie pocałował, raz, dzisiaj drugi, a ten debil Jinki chce, żebym musiał go dotykać po raz trzeci. W dodatku na scenie, przed publicznością. Nie wytrzymam tego psychicznie. – Powiedziałem na jednym wdechu. Ja przez tego debila popadnę w jakąś poważną kurwice, albo alkoholizm…

I need vodka ~ [2/?]

Udany występ. Owacje na stojąco. Niskie ukłony. Miliony rąk do uściśnięcia. Gratulacje od reżysera, i dla reżysera. Uroczysty bankiet, a potem nie oficjalna impreza dla obsady. Dziesiątki osób i jeszcze więcej flaszek, kolorowych drinków i innych, może trochę mniej legalnych używek. Tak się kończy ciężki dzień aktora, tuż po ostatnim występie. Brunet, mimo że może powinien, nie czuł zmęczenia. Czuł rytm muzyki, mocne basy i lekkie zawroty głowy spowodowane alkoholem. Czuł się jak ryba w wodzie. A kilka, może kilkanaście, par oczu zwróconych tylko na niego, bacznie obserwujących każdy jego koci ruch, udowadniały, że jest w tym co robi naprawdę dobry. Jedna z owych par oczu należała do współpracownika, kolegi z fachu i, można powiedzieć, że głównego nemezis wcześniej wspomnianego chłopaka. On również podziwiał wdzięki tańczącego. I, może było to spowodowane alkoholem w jego żyłach, ale chciał stać koło niego, dotykać go i tańczyć z nim, trzymając dłonie na jego ciele. Może nawet być powodem tego, że młodszy by wił się w jego ramionach, kto wie. Usłyszał ostatnie nuty piosenki i zauważył, że chłopak zbliża się do niego, choć może raczej, do baru. Stanął tuż przy nim, zawołał kelnera i zamówił jakiś kolorowy drink z iście tropikalną nazwą.
[JongHyun POV]
-No kocurku. – Jego ciemne oczy od razu zwróciły się w moją strone. – co najmniej z 10 facetów zżerało cię wzrokiem. – Przybliżyłem się do niego i, może pod wpływem alkoholu, położyłem dłoń na jego udzie i przejechałem lekko po zewnętrznej stronie, ciasno okrytej spodniami. Pochyliłem się i szepnąłem do jego ucha. – Byłem jednym z nich.
-Zabieraj łapy zboczeńcu. – Powiedział z odrazą odpychając mnie i strącając moją rękę.
-Wybacz mi, ale jesteś zabójczo kuszący, wiesz? – Spytałem.
-Mało mnie obchodzi twoje zdanie, wiesz? – Powiedział ironicznie. – Proponuje ci wyjść przed budynek, znaleźć mur i bić w niego głową tak długo, aż nie rozwalisz sobie łba, albo muru, ewentualnie, aż coś mądrego ci wpadnie do tej pustej głowy, w co wątpię, przygłupie. – Powiedział szybko, lekko się przybliżając. Odebrał napój i, co mnie osobiście zdziwiło, usiadł tuż obok.
-Zabij człowieka, za to, że próbuje być miły. – Stwierdziłem zrezygnowany.
-Bardziej za to, że jest pijany, nachalny i … jakbyś nie zauważył, raczej się nie lubimy. Co raczej nie wyszło z mojej inicjatywy. -Wytłumaczył.
-W takim razie mogę cię za tamto przeprosić. – Powiedziałem szczerze.
-Nie potrzebuje i nie chce twoich przeprosin. Wolałbym, żebyś się odwalił i dał mi spokój. – Powiedział bez emocji. – Mam wystarczającą ilość przyjaciół.
-Ale to niedobrze robić sobie wrogów Key.
-No błagam cię, nie rośmieszaj mnie… Powiedział to koleś, który ciągle mnie wyzywa od najgorszych, próbował zastraszyć i w dodatku pobić… – W jego oczach była pogarda.
-No tak, masz racje. Przepraszam za to, naprawdę. – ‚Miły i uprzejmy Kim JongHyun, korzystajcie, to się często nie dzieje.
-Nie potrzebuje i nie chce twoich przeprosin.- Powtórzył.
-Ale ja chce cię przeprosić, więc przyjmij te jebane przeprosiny. – ‚Mówiłem, że to długo nie potrwa?’
-Nie unoś się i, dobrze, przyjmuje przeprosiny, ale nie oczekuj, że nagle się polubimy. – Powiedział, chyba nawet lekko się uśmiechając. Zawołałem kelnera i zamówiłem dwa shoty, które wypiłem oba, naraz.
-A zatańczysz ze mną? – spytałem.
-Poważnie? – Patrzył ze zdziwieniem.
-No poważnie, jestem pijany, ty jesteś pijany, zrzućmy to na alkohol, choć na parkiet i nie daj się prosić. – Uśmiechnąłem się od ucha do ucha.
-No… dobra. Ale łapy przy sobie. – Zaznaczył.
-Rączki mam tutaj. – Zaśmiałem się. Wyszliśmy na środek parkietu i zaczęliśmy tańczyć. Pierwsza piosenka minęła dość szybko. W połowie drugiej przybliżyłem się nieznacznie do drugiego chłopaka. Przy trzeciej piosence zasada ‚łapek przy sobie’ poszła się jebać, razem z tą naszą wzajemną wrogością. Moje dłonie delikatnie spoczywały na jego biodrach, usta przy jego uchu, za to tyłek Kibuma gdzieś niedaleko mojego krocza. Przy czwartej piosence, rzeczy takie jak ‚osobista przestrzeń’, czy ‚subtelność i delikatność’ kompletnie zniknęły… no cóż, piątej piosenki już nie słyszeliśmy. Byliśmy zbyt zajęci szaleńczym całowaniem się męskim kiblu. Przypierałem Kibuma do ściany całym swoim ciałem, mocno oplatając dłonie na jego talii, on za to owinął dłonie naokoło mojej szyi, wplatając palce jednej ręki w moje włosy, a paznokciami drugiej lekko drapał moją szyje. To przez alkohol, na pewno przez alkohol. NA STO PROCENT PRZEZ ALKOHOL. Co nie zmienia faktu, że jego usta były cudowne, słodkie i gorące, zresztą jak całe jego ciało. Przerwał pocałunek, żeby zaczerpnąć powietrza.
-Co m-my właściwie robimy…?
-Jak to co? Całujemy się. – Powiedziałem wprost do jego ucha, gryząc jego płatek. Poczułem jak przez jego ciało przechodzi dreszcz i jak jego paznokcie wbijają się trochę mocniej w moją szyje.
-Pożałujemy tego. – Żekł.
-Tak wiem. Ale mam na to wyjebane. – Uśmiechnąłem się i pocałowałem go mocniej, można powiedzieć drapieżnie. Chciałem korzystać puki mogłem, nie wiadomo kiedy następnym razem, i czy w ogóle kiedykolwiek, będę mógł go całować.

Nastepnego dnia, rano.
[Key POV.]
-Bummiee~! Wstawaj śpiochu. – Powiedziała wchodząc do mieszkania. – Szkoda czasu na spanie, patrz jaki piękny, słoneczny sobotni poranek!
-Piękny, słoneczny sobotni poranek. – Prychnąłem przecierając oczy. – Znaczy, o ile nie masz kaca i chęci urwania sobie łba. – Dodałem.
-Oh, no tak. Biedactwo! – Zaćwierkotała.
-Coś ty taka pogodna dzisiaj? – Spojrzałem na nią spode łba.
-Ja jestem taka jak zawsze, to ty masz kaca i nienawiść do świata. – Zaśmiała się.
-Eh, wybacz. – Uśmiechnąłem się delikatnie do Amber. – Chcesz kawy?
-Tak, oczywiście pysiu. – Poszedłem do kuchni i wstawiłem wodę. Postanowiłem, że muszę jeszcze raz przeanalizować wczorajszy wieczór. Ok. Najpierw był występ. Gratulacje, sracje, owacje i reszta tego shitu. Potem klub… I tu zaczynało być niejasno. Ok, klub. Napiłem się, poszedłem potańczyć, wróciłem do baru, napiłem się, poszedłem potańczyć, wróciłem do baru, znowu, napiłem się, znowu… Jonghyun. Spotkałem tego debila. Rozmawialiśmy? Tak, ok, rozmawialiśmy. Poszedłem z nim zatańczyć, kurwa, robi się coraz gorzej. Kubek pełen kawy wypadł mi z rąk i roztrzaskał się na kafelkach. – Ja… ja… całowałem się z Jongiem.
-Co mówisz? – Zapytała najwyraźniej słysząc moje gadanie do siebie.
-Całowałem. Się. Z pierdolonym. Kurwa mać. KIMEM JONGHYUNEM. Japierdole. Trzymaj mnie bo się przewrócę.