WITAM!
Tak, to ja, cała, zdrowa... i pisząca. Yay!
Przynoszę wam to oto smętne opowiadanie.
Sama nie wiem czy to one-shot, czy będzie to miało więcej części. Napiszcie mi co myślicie i wtedy może zdecyduje się napisać coś jeszcze.
Mam nadzieje, że wam się spodoba.
Dedykuje to coś mojej Lunie, która pewnie będzie narzekać na pairing, ale zawsze wierzy w moje pisanie i za to Cię kosiam mała.
PS. Nie wiem jak to nazwać, wiec narazie będzie to po prostu widniało na liście jako "ONE-SHOT(?)". Bo mogę, bo mnie stać B|
I serce bije mi tak szybko. Prawie
tak szybko, jak wtedy kiedy jestem z nim. I wątpię bym kiedykolwiek
złamał tyle przepisów drogowych w tak krótkim czasie. Ale czymże
jest czerwone światło, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, czym
jest wymuszenie pierwszeństwa w stosunku do tak ważnej sprawy. I
nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej zaparkowałem jednocześnie na 3
miejscach parkingowych, ale to chyba nie ważne. Nie zamknięcie
drzwi, potrącanie każdego na mojej drodze, wbiegnięcie w ostatniej
chwili do windy, również jest niczym kiedy mam tak wiele do
stracenia. Kiedy na szali stoi moje życie, moje serce, moja chęć
do życia, oraz jego sens. I, mimo że nic więcej nie mogę zrobić,
muszę czekać, a czekanie jest katorgą, czekam. Wiernie czekam, jak
pies. Czekam na choćby odrobinę informacji, na chociażby odrobinę
nadziei, która wciąż nie opuściła mojego serca. Czekam, aż
wyjdzie ten jebany, niekompetentny lekarz i powie: 'Proszę się nie
martwić, wszystko poszło dobrze, żyje, wyjdzie z tego.”. Ale
teraz mogę tylko czekać. Nie czuje głodu, nie czuje zmęczenia,
czuje strach. Tylko strach. Nawet nie złość, nawet nie smutek.
Czuje strach. Czy jest coś gorszego od niewiedzy?
I nagle słyszę otwieranie drzwi i
widzę lekarza. Wstaje tak szybko, że prawie tracę równowagę. I z
największym możliwym w tej chwili spokojem pytam:
„Czy on...? Czy on żyje? Tylko to
pragnę wiedzieć. Błagam...”
„Tak, ale...”
Ale ja już dłużej nie słucham, już
mnie tam nie ma. Już biegnę. Biegnę do mojego życia, mojego
serca, mojej chęci do życia i jego sensu. Biegnę do niego. Słyszę
szum w uszach, własne tętno i kroki lekarza tuż za mną. Wbiegam
do sali i on tam jest. Śpi. Śpi najspokojniej na świecie. Widzę
siniaki na jego pięknym ciele, widzę opatrzone rany. Ale żyje.
Wiec ja też żyje.
„Jest w śpiączce. Operacja poszła
pomyśle, pozostaje nam tylko czekać.”
Czuje jak wielka gula, która zalegała
mi w gardle spływa w dół. Czuje ogarniający mnie spokój i siadam
na krześle tuż koło łóżka. Łapie jego rękę i całuje. „Kim
ja bym był bez ciebie?” - myślę. Lecz na to chyba nie ma
odpowiedzi.
„Niech pan idzie do domu, zawiadomimy
gdy coś się zmieni.”
Ale ja nawet nie ruszam się o
milimetr. Chce choć tę jedną noc być u jego boku. Dla niego, lecz
również dla siebie. Bo tylko przy nim czuje się bezpiecznie.
Słyszę jak lekarz odchodzi, a ja lekko zmieniam pozycje. Wciąż
trzymając jego rękę, kładę głowę na jego ramieniu. Mimo
szpitalnej sterylności, która mnie otacza, wciąż czuje jego
zapach. Czuje jego tętno i łzy na moich policzkach. Czuje ciepło,
które można nazwać tylko jednym słowem. Czuje miłość. Czuje to
wszystko co tylko on sprawia, że chce czuć. I uspokajam się
jeszcze bardziej i, nawet nie wiem kiedy, zasypiam.
*
„Jinki!
Hyuuung! Gdzie jesteś?”
„W sypialni.”
Słyszę
szybkie kroki i już po chwili drzwi pokoju się otwierają.
Instynktownie zamykam książkę, lecz nie zmieniam pozycji na łóżku.
„Jinki!”
I czuje jego
ciężar na plecach i ciepło.
„Jinki...”
„Słucham
skarbie?”
I czuje jak
przybliża się jeszcze bardziej i całuje delikatnie mój kark i
szepcze mi do ucha.
„Kocham cię,
wiesz?”
*
Czuje szturchnięcie na ramieniu i automatycznie otwieram oczy. Widzę
pielęgniarkę, widzę jej profesjonalny uśmiech nr 4.
„Niech pan pójdzie do domu, przywiezie mu kilka rzeczy, wyśpi
się, wykąpie. Zawiadomimy pana o każdej najmniejszej zmianie.”
I niechętnie się zgadzam, nachylam się nad nim i całuje jego
czoło.
„Niedługo wrócę Bummie, przyrzekam.”
Wpatruje się w niego jeszcze chwile i wychodzę. Wracam do domu i
robię dokładnie to co kazała mi piguła. Pakuje jego ulubioną
poduszkę, książkę, piżamę, nawet jego ulubione skarpetki,
próbuje zasnąć lecz nie potrafię, biorę szybki prysznic i
wmuszam w siebie jedzenie. Dzwonie do pracy i mówię, że biorę
kilka dni wolnego. Wychodzę jak najszybciej i jak najszybciej
trafiam z powrotem do szpitala. Do tej samej sali, którą opuściłem
kilka godzin temu. Widzę, że nic się nie zmieniło i wzdycham
głęboko. Zostawiam rzeczy przy łóżku i idę do kwiaciarni
najbliżej szpitala. Wybieram tuzin białych róż i wracam.
„Bummie, skarbie. Przyniosłem ci kwiaty. Twoje ulubione.”
Mówię sam do siebie. Nachylam się lekko nad nim i szepczę:
„Błagam cię, wróć do mnie, proszę... Wiesz, że jesteś moim
tlenem... proszę Kibum.”
Czuje pojedyncza łzę na moim policzku i od razu karcę się za to.
Nie mogę pozwolić na to by wrócił do takiego wraku. Nie pozwolę.
Musze być silny dla niego. Rękawem ścieram łzę z twarzy i
próbuje myśleć spokojnie. Sięgam do torby i wyciągam książkę.
„Podobno ludzie w śpiączce wszystko słyszą...”- Myślę. I
zaczynam czytać na głos najmniej łamiącym się głosem na jaki
mnie stać. I w ten sposób mijają następne dwa tygodnie. I kolejny
tydzień. I jeszcze jeden.
Klękam przy łóżku i całując jego dłoń szepczę :
„Wróć do mnie. Proszę...”
I przez chwile wydaje mi się, że czuje jak się porusza, ale
zrzucam to wszystko na brak snu. Lecz wtedy znów to czuje i podnoszę
głowę by na niego spojrzeć i nasze spojrzenia się krzyżują. I
wołam lekarza nie przestając patrzeć w jego oczy.
„Bummie...”
„Jinki... co się stało? Ja nic nie...”
„Proszę się odsunąć od pacjenta, musimy sprawdzić czy wszystko
w porządku.”
„Uhm... tak, oczywiście.”
I odsuwam się, mimo że jest to ostatnia rzecz jaką chce zrobić.
Widzę jaki jest zagubiony, jak rozgląda się po sali nie mając
pojęcia gdzie jest. Lekarz odwraca się do mnie i mówi :
„Wszystko wygląda w porządku, jutro może pan go zabrać do domu,
ale musimy zrobić jeszcze parę badań by się upewnić.” Kiwam
głową nie odzywając się słowem. Wątpię by ktokolwiek potrafił
mówić z tak wielkim uśmiechem. Kiedy lekarz i pielęgniarki
wyszli, podszedłem z powrotem do łóżka.
„Czy pamiętasz co się stało? Gdzie jesteś?”
„Domyślam się, że w szpitalu, ale nie pamiętam co się stało.”
„Miałeś wypadek skarbie, jakiś pijany idiota... On.... Prawie mi
cię odebrał. Byłeś w śpiączce.”
„Śpiączce? Ale... Jak długo?”
„Miesiąc.”
„Miesiąc...” Powtórzył cicho. „ Jinki przepra...”
Przerwałem mu całując delikatnie jego usta, głaskając go po
policzku.
„Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Wróciłeś do mnie, to jest
najważniejsze.” Powiedziałem z łzami.
„Jinki, czy... Możesz położyć się koło mnie?”
Zrobiłem to o co prosił obejmując go ramieniem i pozwalając
położyć się na swojej klatce piersiowej. Przez następne kilka
godzin nie mówiliśmy nic, cieszyliśmy się własnym towarzystwem i
ciepłem drugiej osoby. Bo czasami liczy się, że potrafimy razem
milczeć. I póki wiedziałem, że jest cały i zdrowy, nic więcej
się nie liczyło. Koło północy zasnęliśmy przytuleni do siebie
na jednoosobowym szpitalnym łóżku i mało nas obchodziło co
ludzie pomyślą.
