poniedziałek, 3 listopada 2014

ONE-SHOT(?)

WITAM!
Tak, to ja, cała, zdrowa... i pisząca. Yay! 
Przynoszę wam to oto smętne opowiadanie. 
Sama nie wiem czy to one-shot, czy będzie to miało więcej części. Napiszcie mi co myślicie i wtedy może zdecyduje się napisać coś jeszcze. 
Mam nadzieje, że wam się spodoba.
Dedykuje to coś mojej Lunie, która pewnie będzie narzekać na pairing, ale zawsze wierzy w moje pisanie i za to Cię kosiam mała. 
PS. Nie wiem jak to nazwać, wiec narazie będzie to po prostu widniało na liście jako "ONE-SHOT(?)". Bo mogę, bo mnie stać B|


  I serce bije mi tak szybko. Prawie tak szybko, jak wtedy kiedy jestem z nim. I wątpię bym kiedykolwiek złamał tyle przepisów drogowych w tak krótkim czasie. Ale czymże jest czerwone światło, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, czym jest wymuszenie pierwszeństwa w stosunku do tak ważnej sprawy. I nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej zaparkowałem jednocześnie na 3 miejscach parkingowych, ale to chyba nie ważne. Nie zamknięcie drzwi, potrącanie każdego na mojej drodze, wbiegnięcie w ostatniej chwili do windy, również jest niczym kiedy mam tak wiele do stracenia. Kiedy na szali stoi moje życie, moje serce, moja chęć do życia, oraz jego sens. I, mimo że nic więcej nie mogę zrobić, muszę czekać, a czekanie jest katorgą, czekam. Wiernie czekam, jak pies. Czekam na choćby odrobinę informacji, na chociażby odrobinę nadziei, która wciąż nie opuściła mojego serca. Czekam, aż wyjdzie ten jebany, niekompetentny lekarz i powie: 'Proszę się nie martwić, wszystko poszło dobrze, żyje, wyjdzie z tego.”. Ale teraz mogę tylko czekać. Nie czuje głodu, nie czuje zmęczenia, czuje strach. Tylko strach. Nawet nie złość, nawet nie smutek. Czuje strach. Czy jest coś gorszego od niewiedzy?
I nagle słyszę otwieranie drzwi i widzę lekarza. Wstaje tak szybko, że prawie tracę równowagę. I z największym możliwym w tej chwili spokojem pytam:
„Czy on...? Czy on żyje? Tylko to pragnę wiedzieć. Błagam...”
„Tak, ale...”
Ale ja już dłużej nie słucham, już mnie tam nie ma. Już biegnę. Biegnę do mojego życia, mojego serca, mojej chęci do życia i jego sensu. Biegnę do niego. Słyszę szum w uszach, własne tętno i kroki lekarza tuż za mną. Wbiegam do sali i on tam jest. Śpi. Śpi najspokojniej na świecie. Widzę siniaki na jego pięknym ciele, widzę opatrzone rany. Ale żyje. Wiec ja też żyje.
„Jest w śpiączce. Operacja poszła pomyśle, pozostaje nam tylko czekać.”
Czuje jak wielka gula, która zalegała mi w gardle spływa w dół. Czuje ogarniający mnie spokój i siadam na krześle tuż koło łóżka. Łapie jego rękę i całuje. „Kim ja bym był bez ciebie?” - myślę. Lecz na to chyba nie ma odpowiedzi.
„Niech pan idzie do domu, zawiadomimy gdy coś się zmieni.”
Ale ja nawet nie ruszam się o milimetr. Chce choć tę jedną noc być u jego boku. Dla niego, lecz również dla siebie. Bo tylko przy nim czuje się bezpiecznie. Słyszę jak lekarz odchodzi, a ja lekko zmieniam pozycje. Wciąż trzymając jego rękę, kładę głowę na jego ramieniu. Mimo szpitalnej sterylności, która mnie otacza, wciąż czuje jego zapach. Czuje jego tętno i łzy na moich policzkach. Czuje ciepło, które można nazwać tylko jednym słowem. Czuje miłość. Czuje to wszystko co tylko on sprawia, że chce czuć. I uspokajam się jeszcze bardziej i, nawet nie wiem kiedy, zasypiam.

*
Jinki! Hyuuung! Gdzie jesteś?”
W sypialni.”
Słyszę szybkie kroki i już po chwili drzwi pokoju się otwierają. Instynktownie zamykam książkę, lecz nie zmieniam pozycji na łóżku.
Jinki!”
I czuje jego ciężar na plecach i ciepło.
Jinki...”
Słucham skarbie?”
I czuje jak przybliża się jeszcze bardziej i całuje delikatnie mój kark i szepcze mi do ucha.
Kocham cię, wiesz?”

*

Czuje szturchnięcie na ramieniu i automatycznie otwieram oczy. Widzę pielęgniarkę, widzę jej profesjonalny uśmiech nr 4.
„Niech pan pójdzie do domu, przywiezie mu kilka rzeczy, wyśpi się, wykąpie. Zawiadomimy pana o każdej najmniejszej zmianie.”
I niechętnie się zgadzam, nachylam się nad nim i całuje jego czoło.
„Niedługo wrócę Bummie, przyrzekam.”
Wpatruje się w niego jeszcze chwile i wychodzę. Wracam do domu i robię dokładnie to co kazała mi piguła. Pakuje jego ulubioną poduszkę, książkę, piżamę, nawet jego ulubione skarpetki, próbuje zasnąć lecz nie potrafię, biorę szybki prysznic i wmuszam w siebie jedzenie. Dzwonie do pracy i mówię, że biorę kilka dni wolnego. Wychodzę jak najszybciej i jak najszybciej trafiam z powrotem do szpitala. Do tej samej sali, którą opuściłem kilka godzin temu. Widzę, że nic się nie zmieniło i wzdycham głęboko. Zostawiam rzeczy przy łóżku i idę do kwiaciarni najbliżej szpitala. Wybieram tuzin białych róż i wracam.
„Bummie, skarbie. Przyniosłem ci kwiaty. Twoje ulubione.”
Mówię sam do siebie. Nachylam się lekko nad nim i szepczę:
„Błagam cię, wróć do mnie, proszę... Wiesz, że jesteś moim tlenem... proszę Kibum.”
Czuje pojedyncza łzę na moim policzku i od razu karcę się za to. Nie mogę pozwolić na to by wrócił do takiego wraku. Nie pozwolę. Musze być silny dla niego. Rękawem ścieram łzę z twarzy i próbuje myśleć spokojnie. Sięgam do torby i wyciągam książkę. „Podobno ludzie w śpiączce wszystko słyszą...”- Myślę. I zaczynam czytać na głos najmniej łamiącym się głosem na jaki mnie stać. I w ten sposób mijają następne dwa tygodnie. I kolejny tydzień. I jeszcze jeden.
Klękam przy łóżku i całując jego dłoń szepczę :
„Wróć do mnie. Proszę...”
I przez chwile wydaje mi się, że czuje jak się porusza, ale zrzucam to wszystko na brak snu. Lecz wtedy znów to czuje i podnoszę głowę by na niego spojrzeć i nasze spojrzenia się krzyżują. I wołam lekarza nie przestając patrzeć w jego oczy.
„Bummie...”
„Jinki... co się stało? Ja nic nie...”
„Proszę się odsunąć od pacjenta, musimy sprawdzić czy wszystko w porządku.”
„Uhm... tak, oczywiście.”
I odsuwam się, mimo że jest to ostatnia rzecz jaką chce zrobić. Widzę jaki jest zagubiony, jak rozgląda się po sali nie mając pojęcia gdzie jest. Lekarz odwraca się do mnie i mówi :
„Wszystko wygląda w porządku, jutro może pan go zabrać do domu, ale musimy zrobić jeszcze parę badań by się upewnić.” Kiwam głową nie odzywając się słowem. Wątpię by ktokolwiek potrafił mówić z tak wielkim uśmiechem. Kiedy lekarz i pielęgniarki wyszli, podszedłem z powrotem do łóżka.
„Czy pamiętasz co się stało? Gdzie jesteś?”
„Domyślam się, że w szpitalu, ale nie pamiętam co się stało.”
„Miałeś wypadek skarbie, jakiś pijany idiota... On.... Prawie mi cię odebrał. Byłeś w śpiączce.”
„Śpiączce? Ale... Jak długo?”
„Miesiąc.”
„Miesiąc...” Powtórzył cicho. „ Jinki przepra...” Przerwałem mu całując delikatnie jego usta, głaskając go po policzku.
„Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Wróciłeś do mnie, to jest najważniejsze.” Powiedziałem z łzami.
„Jinki, czy... Możesz położyć się koło mnie?”

Zrobiłem to o co prosił obejmując go ramieniem i pozwalając położyć się na swojej klatce piersiowej. Przez następne kilka godzin nie mówiliśmy nic, cieszyliśmy się własnym towarzystwem i ciepłem drugiej osoby. Bo czasami liczy się, że potrafimy razem milczeć. I póki wiedziałem, że jest cały i zdrowy, nic więcej się nie liczyło. Koło północy zasnęliśmy przytuleni do siebie na jednoosobowym szpitalnym łóżku i mało nas obchodziło co ludzie pomyślą.  

4 komentarze:

  1. Witam,
    bardzo dobry tekst, Kibum był bardzo ważny dla Jinka i na nic nie zważał kiedy jechał do niego do szpitala....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem kiedy, ale momentalnie łzy napłynęły mi do oczu, czytając tego OS. Proszę, napisz coś jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    autorko, proszę, proszę napisz cos jeszcze, tak tęsknię za Twoją twórczośćią...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  4. autorko, przeczytałam wszystkie teksty i bardzo mi się podobają, proszę wróć tutaj...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń